Red Dead Redemption „cofa w czasie” niemal wszystkie założenia GTA. Wielkie miasta zastąpione są miasteczkami, drogi szybkiego ruchu – polami, samochody – końmi, karabiny – rewolwerami… tak można najłatwiej opisać najmłodsze dziecko Rockstar. Przy bliższym poznaniu okazuje się jednak, że to dość krzywdzące uproszczenie. RDR to najlepsza wycieczka na Dziki Zachód od czasów Westernów Sergio Leone. To wirtualny hołd dla burd w salonach i napadów na pociąg, któremu bez żalu można poświecić swój cenny czas.
Na plus:
- Realia – Wrzucenie wszędzie żółtej trawy, przybrudzenie otoczenia, wklejenie w krajobraz kilku gór, biura szeryfa i saloonu to nie wszystko na co stać Rockstar. Amerykańskie studio, zgodnie ze swym chorobliwym przywiązaniem do szczegółów, przygotowało dla nas otwarty świat ociekający klimatem. Tym razem, poza bardziej i mniej osobistymi zdarzeniami, możemy przeżyć schyłek, równie brutalnej co romantycznej, epoki. Mamy rok 1910, industrializacja bezlitośnie wdziera się do Ameryki (koleje, pierwsze automobile, plotki o „latających maszynach”), czasy szwędających się po świecie bandytów dobiegają końca, a Rewolucja Meksykańska (do tego kraju też zawitamy) wybuchnie dosłownie za kilka dni… weźmiemy udział w odbijaniu fortów, przeszukiwaniach kopalni, pracy na farmie, pojedynkach rewolwerowców i wielu, wielu innych charakterystycznych dla kowboi czynnościach. Znajdzie się chwila na łapanie dzikich koni na lasso, polowanie na jelenie czy pędzenie bydła. Całość idealnie dopełnia język jakim posługują się postacie, używając bez przerwy form grzecznościowych tak bardzo kontrastujących z ich parszywymi gębami. Dorosłych motywów i dosadnych zdarzeń także nie brakuje.
- Bohater – John Marton to świetnie zaprojektowana, charyzmatyczna postać. Na początku ciężko zrozumieć co nim kieruje, i nieco razi jego bezinteresowne wykonywanie zadań dla wszystkich dookoła, (choć i tak jest o poziom lepiej niż w Assassin’s Creed 2 czy GTAIV) jednak stanowi przykład prawdziwego faceta wśród armii przerysowanych klonów, jakich pełno jest w dzisiejszych grach. Nie ma nadprzyrodzonych zdolności, jego ciało ma ludzkie proporcje, żaden bóg nie rzucił na niego klątwy, a jego fryzura prezentuje się jak najbardziej normalnie. To żaden rozweselony dzieciak, tylko twardy, zarośnięty facet w sile wieku, co widać zarówno po tym jak traktują go inne postaci w grze, jak i po jego głosie. Aktor wcielający się Johna wykonał kawał rewelacyjnej roboty, zresztą całe RDR stoi od strony dźwiękowej na najwyższym poziomie.
- Tempo – Całą grę można sobie dowolnie dawkować i bawić się nią jak wzorowym sandboxem, lub skupić się tylko na poznaniu fabuły. Koniec z błądzeniem po mapie, długimi wycieczkami po zadania i odległymi punktami kontrolnymi. RDR w tej kwestii jest jak najbardziej przyjazne użytkownikom. Rockstar, wiedząc, że nie każdy lubi krążyć po otwartym świecie i cieszyć się pozornie nieistotnymi detalami, umożliwiło bardzo szybkie przemieszczanie się po kluczowych miejscówkach, (rozpalamy ognisko, zaznaczamy punkt gdzie chcemy być i jesteśmy tam) w ten sposób całość jest do ukończenia w zdrowym czasie (ok. 13-14 godzin) bez rozwlekania i dłużyzn. Jeśli jednak do gry zasiądą poszukiwacze – nie będą mogli się od niej oderwać przez dziesiątki godzin. Polowanie na zwierzynę, listy gończe, pilnowanie porządku nocą, hazard, kryjówki gangów, zdobywanie nowych ubrań (dają specyficzne możliwości), pomaganie poszkodowanym… to tylko kilka z motywów na które możemy natknąć się mimowolnie, podczas zwykłej przejażdżki ze wschodu na zachód. A nie jest ciężko skusić się na taką przejażdżkę widząc słońce zachodzące za horyzont.
- Technikalia – Programiści z San Diego z pewnością znają się na swym fachu. Przyglądając się gotowemu produktowi i wielkości otwartych przestrzeni w nim zawartych ciężko uwierzyć w to, że gra nie zacina. Loadingi (bardzo krótkie) pojawiają się tylko pomiędzy misjami fabularnymi, gdy cała reszta świata pozostaje otwarta na nasze poczynania. Animacja postaci i zwierząt, a zwłaszcza koni to wzorowa robota. Mimika i przywiązanie do wykonania twarzy jest bardzo, bardzo dobre. Nie na poziomie najpiękniejszych „zamkniętych gier”, ale i tak jest niesamowicie sugestywnie. Podobnie jak w GTA – przerywniki można by śmiało skleić w jeden, długi, emocjonujący film.
- Sens – w ilu grach możecie zabijać, kraść i co chwilę być „pod ostrzałem”? W większości. Jednak fakt umieszczenia RDR w realiach Westernu i wybranie na bohatera twardziela ze szramami na twarzy sprawia, że (najzwyczajniej) ma to większy sens niż tona tytułów o podobnej rozgrywce. Trafiliśmy do czasów w których strzelanin, oraz rozbojów nie brakowało. Większość z naszych występków jest powszechnie tolerowanych, a i sami stróże prawa mają o wiele mniej narzędzi do uprzykrzania nam życia. To nie gra dziejąca się w teraźniejszości gdzie mordujemy tuzin osób, potem się chowamy za śmietnikiem na minutę i już nikt nie jest w stanie nas znaleźć i rozpoznać. To nie skradanka, gdzie w chwilę po wykryciu w najtajniejszej bazie świata przeciwnicy nagle o nas zapominają. To spójny Dziki Zachód, który usprawiedliwia te wszystkie motywy na jakie przymykamy oko w innych grach. I robi to większe wrażenie niż można się było spodziewać.
- Przyroda – Mam takie małe zboczenie, że w wirtualnych światach strasznie ważne jest dla mnie przedstawienie fauny i flory. Drzewa, ptaki, góry, lasy, woda, zmienne warunki atmosferyczne: muszę to wszystko ujrzeć by było mi dobrze. I „dobrze” zrobił mi RDR ze swymi niesamowitymi krajobrazami. Stanie na skraju kanionu i obserwowanie zachodzącego słońca, czy też jazda w pełni księżyca po prerii w akompaniamencie wyjących wilków to tylko początek. Dzięki wielu losowym zdarzeniom i naprawdę zróżnicowanemu terenowi ciężko jest nie wybrać się na przejażdżkę dla samej zabawy. Zbrojenie się na podróż w góry i polowanie na Grizzly wśród zaśnieżonych stoków to już typowa wisienka na torcie. Ostatni raz tak bardzo cieszyłem się otoczeniem w grze w Beyond Good & Evil.
Na minus:
- Struktura misji – mimo wielu urozmaiceń, trzon gry to nadal jechanie w wyznaczone miejsce, by wystrzelić tam wszystkich przeciwników. Sama walka, z obowiązkowym przyklejaniem się do osłon sprawia masę frajdy, tak samo jak i prowadzenie ostrzału bezpośrednio z konia. Taki już jest charakter tej gry i biorąc się za nią, wypada zaakceptować, że większość zadań to (miodna) modyfikacja tego szablonu.
- Chwilowa toporność – RDR w całej swej wspaniałości często „usypia” gracza, który nie jest świadomy np. tego, że zaraz skończy mu się amunicja, lub zapomina którą broń dzierży. HUD jest minimalistyczny do potęgi co buduje wspaniałe doznania, ale czasem komplikuje życie, tak samo jak korzystanie z mapy (upierdliwie trzeba wchodzić do menu i ją odpalać, zamiast mieć ją bezpośrednio pod jednym przyciskiem) czy rozpalanie ogniska (też jest w menu, ale innym). W momencie nagłego ostrzału można się na tyle zakręcić, że zanim opanujemy sytuację już jesteśmy martwi. To małe detale, które nie rzutują na odbiór całości, jednak zdarzają się momenty w których żałujemy, że o nie, nie zadbano.
Zabawa na Dzikim Zachodzie od Rockstar San Diego to bez wątpienia jedno z moich największych przeżyć na tej generacji. Co ciekawe, bardzo mi przypomina sytuację z pierwszym Mass Effect (które cenię równie wysoko) – nie lubię klimatu S-F ale w ME się wręcz zakochałem. Teraz także nie trafiono do końca w moje gusta, ale takiego Westernu wprost nie da się nie docenić. Pęka w szwach od atrakcji i stawia na atmosferę, jest grą poważną, trochę łatwą, ale mimo to emocjonującą. Główny wątek, po nieco anemicznym początku zmienia się w wielką historię o człowieku prześladowanym przez swą przeszłość. Nie raz obrót spraw mnie zaskakiwał i czułem się jak na kinowym seansie. O samym zakończeniu również można pisać małe eseje… warto się przełamać i to przeżyć. Red Dead Redemption jeszcze długo będzie na ustach graczy na całym świecie, zupełnie zasłużenie. Życzyłbym sobie, by tytuł ten trafił także w ręce wszystkich „życzliwych” dyskredytujących wartość naszego hobby… mocno by się zdziwili.
Jak grałem: rozwój fabuły stał się dla mnie szalenie ważny, po kilku próbach wykonania „prac” pobocznych, wykonywałem już tylko misje główne (zajęło mi to około 13 godzin), skupiając się na jak największej liczbie headshotów. Trzymałem się „dobrego” wizerunku będąc miły i uprzejmym dla wszystkich dookoła. Po obejrzeniu napisów końcowych zabrałem się za odkrywanie świata RDR na nowo, ściganie przestępców, odbijanie miejsc zajętych przez gangi, polowania i wykonywanie innych, pomniejszych prac. W ten sposób zabawa wydłużyła się ponad dwukrotnie (przy próbie wymaksowania gry).
Nie jesteś zalogowany. By móc dodawać komentarze zaloguj się lub zarejestruj.
Jeden komentarz